Podobne

W pobliżu

Może Cię zainteresować

 

Karpacz – czyli co się może wydarzyć, gdy wyruszasz w góry

Rozpocznij podróż > Zaplanuj sam > Trasy Utworzony: 2011-09-15
0.0
0
na listę na plan

Informacje o trasie

Miejsce startu: Karpacz, Biały Jar
Miejsce końcowe: Karpacz, Świątynia Wang
Rodzaj: piesza
Trudność: Aktywny
Dystans: 11.8 km
Czas: 7.0 h

W skrócie...

Sobota 2 i niedziela 3 września w tym roku to, co prawda, pierwszy weekend roku szkolnego, ale tak naprawdę ostatni weekend wakacji. A więc trochę taka nadzieja, żeby na jeszcze jedną chwilę zatrzymać odchodzące powoli lato.

Przebieg trasy, którą wytyczyliśmy trochę zderzył się z rzeczywistością i w trakcie jej trwania był dostosowywany do warunków. Ostatecznie poszliśmy z Białego Jaru do Pielgrzymów i Słonecznika (imponujących kamiennych ostańców) przez Schronisko Strzecha Akademicka, Kocioł Małego Stawu, Schronisko Samotnia i Domek Myśliwski.

Szansa po temu była wspaniała, jako że pogoda tak cudowna - jakby nie z tego lata – wręcz wyganiała z domu, żeby zregenerować nadwątlone siły na łonie natury. Szybko więc dogadaliśmy się w ze znajomą rodziną na całodzienny wypad w niedzielę w góry. Miejsce wybraliśmy znane, bo Karpacz i Karkonosze. Bardzo mnie to ucieszyło, bo całe lata już tam nie byłem. Łącznie zebraliśmy się na ten wyjazd w 7 osób, czwórka dorosłych (czterdziestokilkulatkowie) oraz trójka dzieciaków – trzech chłopaków (12-14 lat). Muszę zastrzec, że nie wszyscy byli tak dobrze nastawieni do tego wyjazdu. Mój syn już poprzedniego dnia oznajmił mi, że taki piękny dzień, taka pogoda, a my jedziemy w góry - „to przecież strata czasu”. Tyle ciekawych rzeczy można by w taki dzień, w tym czasie zrobić (aż boję się myśleć jakich) z kolegami…

Syn, w poczuciu poświęcenia dla celów wyższych, w końcu dał za wygraną i „poszedł nam na rękę”, więc mogliśmy zacząć realizować nasz plan i pomysł. Idea od strony organizacyjnej była taka, żeby dwoma autami dotrzeć do Karpacza na około 9.30, a następnie rozlokować auta tak, żeby jedno było zaparkowane blisko stacji kolei linowej w górnej części Karpacza (nie mylić z Górnym Karpaczem), a drugie w Górnym Karpaczu - gdzieś na parkingu w pobliżu Świątyni Wang (oba te miejsca dzieli ok. 5 km). Krótko mówiąc kombinowaliśmy tak, żeby na górę wjechać wyciągiem Liczyrzepa, później ruszyć z buta w stronę Śnieżnych Kotłów i późnym popołudniem wrócić inną trasą w pobliże Wangu. Następnie zabrać zostawione tu rano auto i podjechać nim po drugie, nie fundując swoim nogom dodatkowej kilkukilometrowej trasy przez Karpacz na koniec dość męczącego dnia.

Warto zabrać:
Na nogi buty z grubszą podeszwą, stabilizujące stopę i usztywniające kostkę. Na siebie przewiewną, lekką odzież, dostosowaną do pogody. Poza tym plecak, a w nim jakąś lekką kurtkę przeciwdeszczową, cos do picia, kanapki, kilka plastrów na otarcia, dobrze naładowany telefon komórkowy, najlepiej z GPS, z wpisanymi telefonami do znajomych i alarmowymi. No i dobry humor oraz paru znajomych.

Miejsca zakupów i biwaków:
Sklepy przy wejściu na trasę oraz na jej końcu koło Świątyni Wang, Schronisko Strzecha Akademicka, Schronisko Samotnia; miejsca do biwakowania (z ławami i stołami): Domek Myśliwski, Polana.

Parking przy ul. Olimpijskiej - Schronisko Samotnia (3.5km)

Szybko okazało się, że plan ten, jak to z planami z reguły bywa, miał kilka słabych punktów. Już na samym początku straciliśmy kontakt z naszymi znajomymi, jadącymi drugim autem i rozjechaliśmy się po Karpaczu tak, że się szukaliśmy chyba z pół godziny. My, inaczej niż nasi znajomi, w Karpaczu nie byliśmy wieki całe, więc nie bardzo byliśmy w stanie skorzystać z ich telefonicznego naprowadzania opartego na „powszechnie znanych w Karpaczu” punktach orientacyjnych typu „rondo” czy „wyciąg na Kopę”. Dlatego informacje przekazywane nam telefonicznie przez naszych znajomych, z odniesieniem do tych „rond”, które wszyscy znają i wiedzą, gdzie są, spowodowały, że wylądowaliśmy na zupełnie innym parkingu. Dopiero informacja, że musimy dojechać na parking przy ul. Olimpijskiej i wprowadzenie ulicy do GPS-u doprowadziła nas do celu. Muszę przyznać, że tak jeżdżąc sobie po Karpaczu w poszukiwaniu naszych znajomych, zwróciłem uwagę, jak wielki zamęt i bałagan informacyjny panuje przy drodze. Są tu dziesiątki mniejszych i większych, różnych i różniastych reklam hoteli, hotelików i restauracji, z zagubioną między nimi informacją o rzeczach ważnych dla gości, którzy poszukują tu niejednokrotnie informacji turystycznej o kolejach linowych, parkingach, czy innych atrakcjach ważnych z punktu widzenia zaplanowania pobytu w Karpaczu. Najlepiej dla Was po prostu by było, żebyście w Karpaczu byli już po raz któryś z kolei. Wtedy ten szum informacyjny nie będzie tak przeszkadzał, bo po prostu już doskonale będziecie wiedzieli gdzie trafić. Może to taka przemyślana forma promocji i związywania turysty z tym miejscem?.
Ale wracajmy do naszego planu. Jak sami widzicie, zaczął się trochę sypać, już na dzień dobry straciliśmy sporo czasu, szukając się w Karpaczu. Kiedy znaleźliśmy się przy stacji wyciągu, okazało się, że mimo pięknej pogody jest on tego dnia nieczynny (być może mocno wiało wyżej, a może jakaś konserwacja?). Teraz nasz plan trzeba było już poważniej zmodyfikować. Postanowiliśmy więc ograniczyć pierwotne zamierzenia i idąc szlakiem czarnym, a następnie żółtym dotrzeć do Schroniska Strzecha Akademicka, a potem trasą przez Schronisko Samotnia, dotrzeć do Polany i stamtąd do Świątyni Wang.

Poszukaliśmy najbliższego wejścia na szlak. Zaraz przy parkingu ma początek szlak czarny. Narciarzom zapewne od razu na taki widok podnosi się adrenalina, ale w przypadku szlaków pieszych kolor czarny (podobnie jak zielony i żółty) nie oznacza jakiejś podwyższonej trudności, a jedynie to, że jest to szlak łącznikowy, którym można dojść do głównych szlaków, atrakcyjnych miejsc, ciekawych punktów widokowych, schronisk, etc.
Niezrażeni naszym ogólnie nienajlepszym przygotowaniem do dłuższych marszów w górach, ruszyliśmy w drogę naszym czarnym szlakiem. Po drodze kupiliśmy jeszcze bilety wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego. Pamiętam stare dobre czasy, kiedy wstęp był za darmo, ale nie widzę problemu, jeśli jest to sposób na poprawę jakości szlaków. Jeszcze przed wejściem zrobiliśmy zdjęcie Duchowi Gór zwanemu w Karkonoszach Liczyrzepą czy Rzepiórem. Warto go mieć po swojej stronie idąc w góry, bo w końcu ma w swojej mocy wywoływanie mgieł, ulewnych deszczy, nagłych i gwałtownych wichrów oraz burz z błyskawicami i piorunami. A jeśli akurat okaże się łaskawy, to można liczyć na tęczę, przepiękne wschody i zachody słońca.

Tak zabezpieczeni, ze spokojem udajemy się w drogę. Wyraźna kamienista droga. Raczej nie da się jej zgubić. Szlak pnie się dość mocno do góry, dobrze, że wśród drzew i często w cieniu, bo szybko zaczynam czuć pot na plecach. Na szlaku naprawdę dużo ludzi. Idą i starsi, i młodsi. Wiele osób z kijkami do nordic walking. Świetnie sobie radzą dzieci, widać ze dla nich to niezła frajda. Od czasu do czasu są też tatusiowie z maluchami w nosidełkach. Dostrzegam nawet osobę o kulach. Niektórzy zabrali ze sobą psy, które grzecznie maszerują ze swoimi właścicielami. A jak łapki za słabe czy za krótkie, to w nosidełku na brzuchu swojego pana. Mimo sporego ruchu, nikt nikomu nie przeszkadza. Widać życzliwość. Ci, co mogą, idą szybciej, inni odpoczywają częściej (nasi znajomi są w tej pierwszej grupie, my w drugiej). Nogi szybko stają się ciężkie, w piersiach brakuje trochę tchu, czujemy lekki szok tlenowy. No cóż, wszystko typowe dla mieszczuchów spędzających zbyt dużo czasu w pracy, w zamkniętych pomieszczeniach, bez ruchu i nie za często wypuszczających się w teren. Najważniejsze, że jednak dajemy radę.

Szlakiem czarnym z Białego Jaru, czyli tym, którym my ruszyliśmy, można w ok. 1h20 minut dojść wprost na Kopę, do górnej stacji wyciągu. Jest to jednocześnie najkrótsze podejście z Karpacza na Śnieżkę. Ale ani Śnieżka, ani Kopa nie jest dzisiaj naszym celem.

W dobrą pogodę latem, czy nawet jesienią i wiosną to niezły spacer. Ale nie wtedy, gdy pogoda jest zła. Należy pamiętać, że aura może zmienić się z minuty na minutę. Trzeba być na to przygotowanym i sprawdzić wcześniej prognozy. Mimo pięknego dnia i dobrych prognoz my (dokładnie rzecz biorąc ja) mamy plecak nie tylko z prowiantem i piciem, ale także z kurtkami.

W końcu dochodzimy do rozwidlenia szlaków czarnego i żółtego. To Biały Jar. W lewo wiedzie szlak czerwony na Kopę (tylko 30 minut stąd) i dalej na Śnieżkę. My jednak z naszego czarnego skręcamy w prawo, na szlak żółty, kierując się do Strzechy Akademickiej. Do Strzechy jest stąd już tylko krok. Idziemy dalej do Samotni, którą od Strzechy oddziela może 10 minut drogi.

Schronisko Samotnia - Polana (1.9km)

Samotnia to pięknie położone schronisko w Kotle Małego Stawu. Schodzimy z góry, więc widok zaiste przedni. Schodząc wyboistą ścieżką nie mogę oderwać oczu od tej niezwykłej scenerii ze wspaniałym polodowcowym jarem, połyskującym w dole jeziorem, zagłębionym pomiędzy strome zbocza i oryginalną sylwetką Samotni, wtopioną harmonijnie w otoczenie. To nasza perła sudecka, takie małe Morskie Oko. Zatrzymujemy się tu z wielką radością, czekając aż dotrą nasi znajomi. Można coś zjeść, choć dziś naprawdę dużo tu ludzi i trzeba odczekać w kolejce. Ja zamówiłem ziemniaki z koperkiem i kefirem. Prawdziwa uczta za 8 zł. Aż mi się od razu przypomniały młodzieńcze wyprawy i ten prawdziwy, niepowtarzalny smak schronisk, gór i czego tam jeszcze chcecie.

W końcu ruszamy z Samotni, już wszyscy razem, w pełnym 7-osobowym składzie. Szlak niebieski prowadzi nas przez piękny iglasty las. Dzieci co i rusz korzystają z leżących wzdłuż szlaku foteli i łóżek, uformowanych przez miliony lat w małych i dużych kamiennych ostańcach, które wręcz zapraszających do leniuchowania utrudzonych wędrowców. Droga bardzo wygodna, przez piękny las, no i z góry. Po drodze zatrzymujemy się przy Domku Myśliwskim. Odnowiony i zmodernizowany w ostatnim czasie dzięki środkom unijnym. Domek Myśliwski, pełni funkcje edukacyjne i ekspozycyjne (dowiecie się tu co nieco o parku, Karkonoszach i ekosystemie). Można wejść do środka, a informacji udziela miła pani, która na co dzień prowadzi również lekcje dla przyjeżdżających tu wycieczek szkolnych. W Domku na piętrze, można też zamówić nocleg. Wokół urokliwy most przerzucony przez strumień, plac zabaw, ławy, stoły – naprawdę przyjemne miejsce na krótki i dłuższy odpoczynek. Leśnym duktem łagodnie w dół, docieramy szybko na Polanę.

Polana - Słonecznik (3.3km)

Kiedyś na Polanie znajdowało się schronisko im. Bronisława Czecha, które niestety doszczętnie spłonęło; pozostał tylko kamień leżący niegdyś u jego wejścia, ale i tu jest gdzie usiąść i zastanowić się nad dalszą trasą. Dotarliśmy tu ok. 14.30, chociaż można stąd zejść do Karpacza w okolice Świątyni Wang w dobre pół godziny i na tym zakończyć naszą przygodę, nasz niedosyt wrażeń daje znać i postanawiamy, że jeszcze dziś zobaczymy z bliska legendarne karkonoskie skały Słonecznik i Pielgrzymy. Na Polanie spotykają się szlaki żółty i zielony. Wybieramy zielony i znowu zaczynamy drapać się w górę. Spore podejście i zróżnicowana kondycja naszej grupy znowu daje znać. Jedni idą szybciej, inni wolniej, a ja po prostu ląduję na dłuższą chwilę w krzakach jagodowych, bo w górach najbardziej oprócz gór lubię właśnie jagody i nie mogę zwalczyć tego nałogu. No cóż, liderzy wynudzą się chwilę, czekając na nas na górze przy rozstajach szlaków zielonego i czerwonego. Ja wpadam ostatni na ten punkt zborny z jagodowymi ustami i zębami jak u Drakuli, rozładowując napięcie zniecierpliwionych liderów.

Ruszamy górą wzniesienia po płaskim, w stronę „Słonecznika”, dumnej i kultowej skały w Karkonoszach. "Słonecznik" wziął swoją nazwę stąd, że dawniej słońce nad skałą wskazywało mieszkańcom południe, wyznaczając rytm pracy i dnia. Dziś można odpocząć pod "Słonecznikiem" na kamiennej ławie postawionej z granitowych płyt, czego nie omieszkają zrobić nasze dzieci.

Słonecznik - Polana (1.3km)

Ze "Słonecznika" roztacza się przepiękna panorama na wschodnią i północno - wschodnią część Karkonoszy, a na pierwszym planie w kierunku północnym są "Pielgrzymy" i "Polana", dalej zaś Karpacz i Kotlina Jeleniogórska. Łatwo z tego wszystkiego zapomnieć, że szlak żółty skręca gdzieś zaraz k. „Słonecznika”. Tak się właśnie nam przydarzyło, poczłapaliśmy kilkaset metrów dalej, gdy zorientowaliśmy się, że pomykamy szlakiem czerwonym gdzieś w stronę oddalonego Schroniska „Odrodzenie”. Zwrot o 180 stopni, i już za chwilę znowu jesteśmy pod Słonecznikiem. Znak szlaku żółtego odnajdujemy na głazie z prawej strony skały i kierujemy się wąską, najeżoną głazami ścieżką w dół. Żona co i rusz łapie się gałęzi kosodrzewiny, których szpaler szczelnie zamyka z obu stron przesmyk szlaku. Dwie osoby mogą tu się wyminąć tylko z dużym trudem. Warto zauważyć, że żadna tablica nie ostrzega turystów, iż na tym szlaku, schodzącym dość ostro w dół, trzeba co i rusz skakać z kamienia na kamień, a są to często kilkudziesięciocentymetrowej wysokości głazy wyrastające, jak grzyby po deszczu na całej długości i szerokości ścieżki. Aż strach pomyśleć, co tu może się dziać, jak leje deszcz i w ciągu paru minut zamienia tę wąską ścieżkę w rwący strumień. Z czasem ten korytarz przechodzi w szerszy, ale wciąż najeżony kamieniami szlak, od czasu do czasu wyłożony drewnianymi kładkami. Trasa wypłaszcza się dopiero na wysokości „Kotków”, ciekawej grupy skalnej, fantazyjnie spękanych ciosów (kotków można, w zależności od posiadanej wyobraźni, naliczyć i z pięć). Kilkaset metrów dalej, trawersując łąkę, trochę chyba nie do końca zgodnie z intencją gospodarzy szlaku, wychodzimy na równy teren, by po kilkuset metrach wyjść na Polanę Bronka Czecha i zamknąć pętlę, którą zrobiliśmy w ciągu ostatnich dwóch godzin.

Polana - Świątynia Wang (1.8km)

Kiedy dochodzę do barierki otaczającej plac z ławami i stołami, to nie mogę do środka przejść ani górą (choć wystarczy tylko przerzucić nogi ponad poręczą), ani dołem (choć wystarczyło się tylko dobrze zgiąć), ani nie mam siły, by zrobić może 20 metrów naokoło i wejść od frontu, jak wszyscy ludzie. W końcu, po wielu kalkulacjach, heroicznym wysiłkiem dostaje się górą, przez moment siedząc na poręczy okrakiem i nie mogąc się ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Kiedy wszyscy się ze mnie śmieją, odgryzam się pytając, czy mam może otworzyć jeszcze mapę…? Po 15 minutach postoju siły w nas wstępują na nowo, by zmierzyć się z ostatnim odcinkiem trasy – z Polany do Świątyni Wang. Tu jest już łatwo. Łagodnie w dół wiedzie szeroka, brukowana “ceprostrada”. Idąc z góry nogi niosą już same.
Na dole, kiedy po prawie 20 km wędrówki nogi z lekka odmawiają posłuszeństwa, my siadamy sobie na murku koło przystanku PKS w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, i machając radośnie nogami czekamy na „organizatora – kierowcę”, który musi się jeszcze tylko machnąć z 1,5 km na parking po auto (rano nie było już miejsc na parkingu najbliższym Świątyni Wang).

Świątynia Wang

Na pożegnanie umawiamy się, że następnym razem zaatakujemy Śnieżne Kotły.

 

Dodaj swoją opinie

Wyślij opinię

Nie jesteś zalogowany

Aby móc komentować musisz się zalogować w serwisie ZnaneNieznane

Zaloguj się...
Oceń: Aby oceniać musisz być zalogowany.
Twoja ocena